Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Zagraniczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Zagraniczne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lutego 2014

Skrót telegraficzny i Zimowa Watra Wędrownicza

Telegraficzny skrót


Zdajemy sobie sprawę z tego, że mamy trochę zaległości w pisaniu naszego bloga, 
ale postaramy się to naprawić niebawem. 
Wbrew pozorom nie siedzimy ciągle w Warszawie. 

W międzyczasie odwiedziliśmy ponownie Rumunię - tym razem zestaw Bukowina (znakowanie szlaków oczywiście), Retezat (który dał nam nieźle w kość) oraz chwila w Budapeszcie (i podmiejskim Szentendre). 
Pojechaliśmy również w Beskid Makowski i dzięki temu zdobyliśmy Koronę Polskich Beskidów! Na zachętę kilka zdjęć z tych wypadów, a na relację tekstową zapraszamy wkrótce!











Zimowa Watra Wędrownicza

Niespełna 4 dni temu wróciliśmy z XI ZWW, czyli imprezy dla wszystkich wędrowników - nie tylko harcerzy, również sympatyków i ludzi pragnących w świadomy i przemyślany sposób zakosztować nieco hardkoru.

Ponownie odwiedziliśmy Beskid Śląski, z którego relacja wisi już na tej stronie, więc skupimy się raczej na emocjach niż technicznych sprawach. Jeśli chodzi o organizację - szliśmy czerwonym szlakiem z Węgierskiej Górki na Baranią Górę, później na miejsce watrowe szlakiem Żwirka i Muchomorka, a wracaliśmy szlakiem czarnym do Milówki. 

Tym razem były z nami aż 3 nowe piechurki, które na swój pierwszy rajd w góry pojechały zimą :) Jesteśmy nieco zawiedzeni, że nie było metrowych zasp śnieżnych i spania przy -35* celsjusza, ale z drugiej strony może to i lepiej - warunki nie wystraszyły naszych nowicjuszek ;) 

Tym razem relacja dość nietypowa - w formie wideo. Zapraszamy do obejrzenia!


niedziela, 24 marca 2013

Bucovina 2012



23.03.2013 w kawiarni Południk Zero zorganizowaliśmy slajdowisko dotyczące wyprawy w Bukowinę Południową. Bardzo dziękujemy osobom, które się na nim pojawiły, a poniższą relację dedykujemy tym, którzy z różnych przyczyn nie dotarli na nasze spotkanie. Niestety nie możecie posłuchać naszych mocnych głosów, ani zobaczyć pięknych (tudzież przystojnych) twarzy, ale mamy nadzieję, że nie stanowi to wielkiego problemu ;)

Ostatni obóz wędrowny podzieliliśmy na dwie części. W poprzednim poście można było zapoznać się ze, stricte wędrowniczą, wyprawą w Alpy Rodniańskie, teraz jednak chcielibyśmy się skupić na naszych przygodach z rejonu Bukowiny. Góry same w sobie są jak większość polskiego Beskidu - gęsto zalesione (oczywiście bukiem i sosną) niskie wzgórza, bez rozległych połonin i szczególnie imponujących widoków. Dlaczego więc akurat tam skierowaliśmy nasze kroki? Podróż tym razem miała głębszy cel. Głębszy niż każda dotychczasowa. W wyniku różnych znajomości usłyszeliśmy, że jest możliwość połączenia niesamowicie przyjemnego z niesamowicie pożytecznym... czego skutkiem każdy z nas może teraz zapisać w  CV podpunkt "umiejętność znakowania szlaków".

Tylko dla odważnych - rzecz o transporcie

Może zaczniemy od małego wstępu - anegdotki. Jak już pisaliśmy, jako że wędrownicy są żądni wrażeń, wybraliśmy się w podróż przez Ukrainę. Z grubsza trasa miała przebiegać w sposób następujący: Warszawa - Tarnów - Przemyśl - Czerniowce - Suczawa - Solka... i z grubsza tak przebiegała. Nie obyło się jednak bez kilku znaczących perypetii.

Najsampierw nasz PKS z Warszawy miał spore opóźnienie i w efekcie ledwo wyrobiliśmy się na PKS z Tarnowa - jak wybiegliśmy z jednego autobusu, to drugi już ruszał, ale kierowca zgodził się chwilę opóźnić wyjazd żebyśmy mogli się wpakować z naszymi wielkimi plecakami do luku (a i tak nie wszystkie weszły). Cóż, był to środek nocy, a miejsc w autobusie nie było, więc spaliśmy w przejściu między siedzeniami.

W Przemyślu na dworcu kupiliśmy bilety na autobus do samych Czerniowiec, ale okazało się, iż jest on typem pół-widmo. Niby zapłaciliśmy, niby jakiś facet przyjechał jakimś rozklekotanym ikarusem tworem, ale jakoś tak nie bardzo chciał nas zabrać. Byliśmy niejako bez wyjścia, więc po długich pertraktacjach z kierowcą (a teraz już dwoma, bo drugim autobusem przyjechał jakiś kumpel pierwszego kierowcy), z bólem serca i kieszeni zgodziliśmy się, że jeden autobus zabierze nas i wysadzi tuż za granicą polsko-ukraińską, a drugi później zgarnie nas do Czerniowiec. Należy w tej historii dodać, że te środki transportu były typowymi szmugler-busami, gdzie pasażerowie zrzucali się na łapówkę dla celnika. Najzabawniejsze było to, że najwięcej "towaru" stanowiła... sałata (i inne produkty typu warzywa, owoce, pieluchy, sporadycznie telewizory). Pełni obaw wysiedliśmy tuż za granicą, przy sklepie i czekaliśmy na drugiego kierowcę. I czekaliśmy. I czekaliśmy. I czekaliśmy... I gdy już wykupiliśmy prawie wszystkie czipsy ze sklepiku przyjechał nasz piękny, czerwony gruchot! Jak można było domyślać się od początku - daleko nie zajechał i 30km za Lwowem, pośrodku niczego, rozkraczył się na amen. Trzeba przyznać, że kierowca się starał, próbował naprawić silnik, pojechał stopem do Lwowa po jakieś części, wrócił, ale nic nie wskórał. W międzyczasie inni pasażerowie dzwonili po znajomych, łapali stopa, ewentualnie inne małe busiki, które przejeżdżały, ale nas była aż 9 i nigdzie się nie mieściliśmy. Nawet przyjechał jeden autobus po nas, ale zamknął nam drzwi przed nosem i odjechał. W końcu, kiedy znów noc prawie zapadła przyjechał kolejny, tym razem wypasiony, nowoczesny super-autokar, którego kierowca również nie chciał nas zabrać, ale przemiłe panie Ukrainki, które nim jechały niemal zlinczowały prowadzącego i w ten sposób został niemal zmuszony przez nie do zabrania nas. Panie się zaopiekowały, usadziły na siedzeniach (każdego obok innej) i próbowały nawiązywać wesołą konwersację. Bardzo mile je wspominamy.


Około 4 nad ranem dojechaliśmy do obrzeży Czerniowiec, gdzie autokar kończył swoją trasę, a przedsiębiorcze panie od razu zadzwoniły (czy też znalazły) taksówkę, niemal wytargowały się za nas i w ten sposób znaleźliśmy się pod granicą. Niestety, okazało się, że z tej strony nie da się jej przejść pieszo (chyba, że "drugą opcją", czyli dać w łapę każdemu celnikowi po 20 euro...) i po kolejnych dziesiątkach minut poszukiwań udało nam się znaleźć starszej daty Rumuna, który zgodził się nas zawieźć do Suczawy.

Kiedy już wysiadaliśmy w jakiś dziwny sposób aparat naszego głównego fotografa został w samochodzie. No i cóż, po kierowcy ni widu, ni słychu, na policję zgłosiliśmy (przemili policjanci, dobrze rozmawiający po angielsku), ale aparatu nie udało się odzyskać*. Po kilkugodzinnym zwiedzaniu Suczawy wsiedliśmy do busa w stronę Solki (już bez przygód) i dalej przez góry przeszliśmy do Pojany Mikuli (rum. Poiana Micului).

Podsumowując, w drogę wyruszyliśmy wieczorem 31.07 i w wyniku opóźnień, do samej Pojany dotarliśmy w środku nocy 2/3.08. 

Pojana Mikuli, czyli skąd się wzięli Polacy w Rumunii?

Historia Polonii bukowińskiej sięga połowy XIXw., kiedy to urząd sprawujący pieczę nad tamtymi terenami zdecydował się na zasiedlenie doliny potoku Humor. W wyniku tej decyzji w dolnej części osiedliło sę 40 polskich rodzin, a w górnej 40 rodzin niemieckich. Mieszkańcy wsi mimo pochodzenia żyli ze sobą w zgodzie. Po stronie niemieckiej powstała szkoła polsko-niemiecka, w której dzieci od najmłodszych lat uczył ysię wielokulturowości. W kościele katolickim połowa mszy była po polsku, a połowa po niemiecku i nawet co tydzień zmieniano kolejność, żeby było sprawiedliwie.

W 1911 roku powstał tutaj Dom Polski, który z przerwami działa do dziś. Jedną z takich przerw była oczywiście I Wojna Światowa. W okresie międzywojnia przybytek został rozbudowany z myślą o Polakach przyjeżdżających z Polski. Został wybudowany basen (którego ruiny widzieliśmy) i dużo pokoi gościnnych, gdzie dzieci z Polski przyjeżdżały na kolonie. Prowadzona była również drużyna harcerska.

W 1940 roku ludność niemiecka na wezwanie władz niemieckich przeniosła się w rejon śląska i żywieczczyzny zajmując miejsca przesiedlonych Polaków, a do Pojany sprowadzono rodziny Rumuńskie. Podczas II Wojny Światowej Pojana stała na linii frontu i praktycznie cała wieś została spalona przez Niemców. Ludność schroniła się w górach i ci, którzy nie zostali straceni przez wroga, po powrocie musieli borykać się z głodem, przez co ludność wioski została zdziesiątkowana.

Dopiero od niedawna zaczęto na powrót uczyć języka polskiego i wybudowano polską, ośmioklasową szkołę, gdzie od 5 klasy uczą się również dzieci rumuńskie (bo szkoła po ichniejszej stronie ma jedynie 4 klasy).

Pojana Mikuli aktualnie

Dziś w Pojanie stosunek narodowości wynosi ok. 50/50, gdzie szala przechyla się delikatnie w stronę Polaków. Wieś dość wyraźnie dzieli się na część polską i rumuńską. Gdy szliśmy przez niemal całą wieś (prawie 10km drogi) można było zauważyć, że im dalej szliśmy, tym częściej słyszeliśmy "Dzień Dobry!" i "Cześć!" zamiast "Bună!", które było częstsze na początku wędrówki. 

Polacy są tam bardzo zgraną grupą, a Dom Polski działa prężnie na wielu polach. Wydawane jest pismo "Polonus" oraz "Mały Polonus", tworzone przez dzieci i młodzież, przy pomocy nauczycieli. Stworzono projekt "Dzieci Bukowiny", organizowane są konferencje i pomoc dzieciom z tego rejonu, które żyją w biedzie i mają niski poziom edukacji. Dom Polski pomaga również składać przyszłym studentom papiery na polskie uczelnie. Co roku organizowane są również Dni Polskie, Jasełka i inne przedsięwzięcia. Działa również zespół folkrorystyczny "Mała Poiana".


Polonia w Rumunii postrzegana jest bardzo pozytywnie. Obiegowa opinia mówi, że na Polaku można polegać, że jest sumienny, zorganizowany i że na jego słowie można polegać. Zjawisko patriotyzmu jest tam również bardzo duże, odnieśliśmy wrażenie, że ci ludzie bardziej czują się Polakami, niż ci, którzy mieszkają w Polsce. 

Historię Pojany opowiedział nam pewnego wieczora, przy ognisku, nasz gospodarz - Pan Juraszek. Bardzo pogodny, przemiły człowiek, szef kilku stowarzyszeń, w tym "Obczyny", które ma na celu zaktywizowanie turystyczne Bukowiny Południowej, głównie poprzez znakowanie szlaków. 

Jak widać nazwę wioski zapisano zarówno po polsku jak i po rumuńsku


Szlaki, szlakiska i szlakunie

Po dotarciu na miejsce i rozbiciu obozowiska na polance niedaleko końca wsi (jak się później okazało - na pastwisku) przeszliśmy szkolenie ze znakowania szlaków. Pierwsza różnica między znakami w Polsce i w Rumunii polega na kształcie i kolorach. Salvamont (coś jak połączenie naszego GOPR-u i PTTK) ustalił jedynie trzy kolory znaków - żółty, niebieski i czerwony (jak rumuńskie barwy narodowe), więc znaki muszą odróżniać się kształtami. W górach i na mapach można spotkać więc oznakowania w kształcie trójkąta, krzyżyka, pionowej kreski, kółka i kwadratu.



Poniżej przedstawiamy mapę Bukowiny wraz z naszymi planami co do znakowania. Przeznaczyliśmy na nie tydzień, zakładając, że podzielimy się na dwie grupy. Okazało się jednak, że znakowanie jest trudniejsze niż zakładaliśmy i wykonaliśmy zaledwie trochę ponad połowę założonej pracy (dlatego wracamy za rok, aby ją dokończyć). Zdajemy sobie sprawę, że mapa jest nieczytelna dla osoby, która ją widzi pierwszy raz, więc poniżej przedstawiamy krótką legendę:

Na zielono zaznaczona jest Pojana Mikuli
Na fioletowo zaznaczony jest szlak roboczo nazywany "Numer 1" relacji Marżyna - Dragosza
Na różowo zaznaczony jest szlak roboczo nazywany "Numer 2", relacji Suczawica - Watra Mołdawica
Na czerwono zaznaczony jest mini-szlak roboczo nazywany "Numer 3", relacji Koń - Czumurna


Ostatecznie udało nam się "oszlakować znak", prowadzący z Marżyny do Dragoszy, czyli praktycznie przez całą Bukowinę. Trasa ta zajmuje do przejścia ok. 3 dni. 

Wychodząc z Pojany podzieliliśmy się na dwie grupy - czteroosobową i pięcioosobową. W takim teamach najwygodniej przebiega znakowanie. Jedna osoba idzie pierwsza i odpowiedzialna jest za wybieranie konkretnego drzewa i oczyszczanie go z kory, druga osoba za malowanie, a dwie noszą plecaki z rzeczami (bo malowanie z wielkim worem na plecach nie jest dobrym pomysłem). Oczywiście na krótszych szlakach, gdzie nie trzeba uwzględniać kilku noclegów na trasie, na pewno sytuacja wygląda nieco inaczej, ponieważ bierze się mniej rzeczy.


Grupa pierwsza poszła szlakiem na północ, przechodząc trasę Pojana Mikuli - Bukowica Północna - Skały Kobiet - Orzeł - Wieprzek - Marżyna.

Grupa druga udała się w kierunku południowym (przynajmniej w efekcie końcowym...), przechodząc trasę Pojana Mikuli - Pojana Tarsicior - Pojana Jabłoni - Pojana Strzelecka - Pojana Craci - Wilczyca Południowa - Dział Arszycy - Dragosza

Najtrudniejszym aspektem znakowania szlaków jest oczywiście trzymanie się mapy. O ile w normalnych warunkach kiedy się pomylimy wystarczy starasować zbocze albo iść na azymut - tutaj trzeba iść dokładnie wg. szlaku na mapie, którego w terenie nie ma. Zanim zacznie się malować trzeba być pewnym trasy, więc nie raz nie dwa trzeba wejść kilka razy na jakąś górę żeby się upewnić. Dużo zależy również od pogody, gdyż nie da się malować kiedy pada, ponieważ farba spłynie.

O! Czyli atrakcje na trasie

Skały kobiet, jest to ogromne zwalisko głazów, z którego (jak już się wespnie na górę) rozciąga się piękny widok na Bukowinę. 


Ze Skałami wiąże się krótka, acz tragiczna historia. Podczas II Wojny Światowej schroniły się tam kobiety i dzieci, lecz ich kryjówka została odkryta i wszyscy zostali straceni. Do dzisiaj kobiety z okolicznych wsi, kiedy urodzą dziecko przychodzą do skał kobiet i piszą lub ryją w kamieniu imię ich dziecka, żeby zapewnić mu szczęście (nie mamy zdjęć, ponieważ historię usłyszeliśmy po powrocie ze szlaku, a wcześniej nie uznaliśmy za ciekawe fotografowania imion wypisanych na skale, biorąc je za zwykły wandalizm).

Dziwne formacje naturalne i ludzko-naturalne

Wyryta w buku podobizna kobiety w ciąży (?)
Drzewo pęknięte w pionie na pół, co ciekawe część po lewej była u góry ciągle zielona i żywa.
Drzewo rosnące poziomo, z którego w pionie wyrasta kilka innych drzew - stosunkowo częsty widok

Ludność lokalna

Kiedy nasza grupa dotarłszy do Dragoszy spotkała dwie miłe dziewczynki, z którymi dało się dogadać w języku angielsko-migowym. Niestety nie znaleźliśmy w wiosce noclegu "stodolnianego", ale nasze nowe znajome pokazały nam miejsce przy rzece, gdzie mogliśmy się rozbić. Nim się spostrzegliśmy otaczała nas grupa 14 dzieciaków w różnym wieku, dla których byliśmy nie lada atrakcją. Kiedy się już rozbiliśmy i rozpaliliśmy ognisko przyniesiono nam świeżą wodę ze studni (prosiliśmy o jedną butelkę, a dostaliśmy kilka!), a wieczór upłynął nam na uczeniu się rumuńskiego i uczeniu polskiego dzieci z wioski i zabawie z nimi.


Monastyr Suczawica

Monastyr ten, z racji tego, iż ma spore dofinansowanie jest ogromnym, imponującym kompleksem.Ciężko o nim pisać, ponieważ to jest jedna z rzeczy, które trzeba zobaczyć na własne oczy, a niestety zdjęcia zupełnie nie oddają klimatu tego miejsca. 

Zewnętrzny mur 

W miejscu, w którym spędzaliśmy ostatni nocleg nie było dostępu do wody, więc stwierdziliśmy, że śniadanie zjemy już w wiosce. Do otwarcia monastyru zostało nam trochę czasu, więc kupiliśmy chleb, zrobiliśmy kanapki, ale przydałby się wrzątek, a na środku miasteczka to nie bardzo tak rozpalać ogień... Wysłaliśmy więc dwie osoby do punktu informacyjnego z zapytaniem gdzie możemy zdobyć wrzątek i zostaliśmy odesłani do sióstr zakonnych. A kiedy już do nich poszliśmy, to nawet nie chciały słyszeć o odprawieniu nas z wrzątkiem i zostaliśmy zaproszeni na przepyszne, wegetariańskie, kilkudaniowe, lokalne śniadanie, a na drogę dostaliśmy jeszcze kilka bochenków chleba.

Na twarzach wciąż widać niedowierzanie...
Po tym obfitym śniadaniu poszliśmy na zwiedzanie wnętrza monastyru. Wejście do środka kosztuje 5 lejów, co nie jest ceną zbyt wygórowaną, jak na tak fantastyczne miejsce.

Każdy centymetr budowli pokryty jest pięknymi malunkami

W monastyrze znajduje się co najmniej kilkadziesiąt sióstr - ich kwatery znajdują się w murach



Motyw powtarzający się przy wejściu każdego monastyru - kobieta na dwóch rybach z biało-czerwoną chorągiewką

Kultura budowania domów

Nasze spostrzeżenia są następujące - dom musi być reprezentacyjny! Nawet jeśli z tyłu i boku się rozpada, to od strony drogi musi być okazały. Tak samo jak brama.


Dom z lokalnym wzorem, spotykanym na wielu innych budowlach



Widoki

Oczywiście Bukowina nie jest całkowicie pozbawiona pięknych miejsc...





* W tym celu kupiliśmy w Suczawie tzw. idiotkamerę, za kilkaset lejów żeby mieć jakiekolwiek zdjęcia z wyprawy. Niestety karta pamięci się popsuła i musieliśmy wydać małą fortunę (ponad 700zł) na ich odzyskanie - a też nie udało się wrócić wszystkich. Część zdjęć pochodzi również z telefonu jednego z uczestników. To zdecydowanie najdroższe zdjęcia w naszej historii.

Jeśli ktoś na poważnie pragnie pójść naszymi śladami i zostawić ślady innym serdecznie zapraszamy do kontaktu. Udzielimy wszelkich potrzebnych informacji i przekażemy kontakt do Łukasza Juraszka.

P.S. Więcej zdjęć z naszej wyprawy zobaczyć można tutaj lub tutaj.

niedziela, 9 grudnia 2012

Munţii Rodnei - Rumunia 2012

Snując ambitne plany i opierając je na ciekawych znajomościach, postanowiliśmy znakować szklaki turystyczne w paśmie Bucoviny. O tym również napiszemy, ale innym razem;)
Chcieliśmy jednak podzielić naszą wyprawę na dwie części - bukowińską i drugą, w czasie której mielibyśmy okazję zobaczyć trochę więcej Rumunii i pochodzić po wyższych górach.
Do finału naszych rozważań dostały się Góry Fogaraskie i Góry Rodniańskie.

Co prawda to w Fogaraszach znajduje się Moldoveanu, najwyższy szczyt Rumunii, ale przejazd pomiędzy pasmami zająłby zbyt wiele czasu. Rolę przy wyborze odegrało też chłodne spojrzenie na nasze doświadczenie jako grupy. W tym roku jechało z nami parę nowych osób, a Fogarasze mają trudniejszy charakter.


Wybór padł więc na Rodniany, pasmo leżące w regionie Maramureszu. Główną bazą wypadową w góry jest miejscowość Borsa, na północ od głównego grzbietu. Najlepszą mapą będzie tu węgierski Dimap.



Do samej Rumunii można dostać się na dwa sposoby:

- wariant dla ubogich, ale żądnych przygód - do Suczawy przez Ukrainę
- wariant dla zamożniejszych, którym zależy na czasie - przez Węgry
My, jako urodzeni poszukiwacze przygód i niezbyt majętni uczniowie i studenci, wybraliśmy pierwszą z tych opcji.


Region jest bardzo słabo skomunikowany z resztą świata. Z Suczawy do Borsy jeździ jeden mały bus dziennie. Łapiąc go po drodze nie ma szans na wolne miejsca. Z Gury Humoru jechaliśmy przesiadając się w Vatra Dornei.



Wizualizacja naszej trasy
Już z samej Borsy można wejść na Pietrosa, najwyższy szczyt pasma. Postanowiliśmy zostawić go jednak na koniec i wejść obok szczytu Negoiasa Mare. Dalej podążaliśmy na południowy wschód w kierunku Ineu, drugiego pod względem wysokości szczytu Rodnian.

Widok może zapierać dech w piersiach (z Puzdrelora, 2189 m)
Na szlaku znajduje się parę obiektywnych utrudnień w postaci formacji skalnych. Większość możemy po prostu ominąć i podziwiać z boku, inne trzeba będzie pokonać. O ile nie są to miejsca wymagające znajomości technik wspinaczki, czy posiadania sprzętu, to przy kiepskiej pogodzie może być na prawdę ciężko idąc z dużym plecakiem. Choć to może oczywiste, warto wspomnieć, że w Rodnianach nie ma łańcuchów, ani drabinek.

Jeden z trudniejszych odcinków.

Po zdobyciu Ineu zeszliśmy z grzbietu do wsi Valea Vinului, z zamiarem uzupełnienia prowiantu. Przy szlaku stoi oznaczona na mapie stróżówka Salvamontu. To Rumuńska organizacja koordynująca turystykę górską. Łączy funkcje naszego PTTK i GOPR. Domek jest pusty i pozbawiony wszelkich wygód, ale otwarty i można się w nim schronić przed deszczem i wiatrem. To jedyne takie miejsce w całym paśmie, na które się natknęliśmy.

Schodząc do doliny można poczuć się jak w plenerze gry komputerowej. Znajduje się tu kopalnia. Obecnie co prawda nieczynna, ale mimo to robi wrażenie. Porzucony przed wejściem do szybu sprzęt, tym którzy grali w The Elder Scrolls, nasunie z pewnością skojarzenia z ruinami Dwemerów. Bliżej wioski znajdują się pozostawione resztki zaplecza kopalni.


W Valea Vinului znajduje się dosyć dobrze wyposażony sklep. Zamawiają jednak sprawdzoną ilość chleba wystarczającą dla mieszkańców wioski. Turysta chleba tu nie kupi, dlatego wyposażyliśmy się w więcej makaronów i urozmaiciliśmy dietę o dodatkowy ciepły posiłek.

Przeszliśmy w poprzek grzbiet Saca i zeszliśmy do Valea Secii. Na mapie oznaczony jest znajdujący się we wsi hotel górski. Ciężko powiedzieć, czy udało nam się go znaleźć. Natknęliśmy się bowiem na coś, co mogło nim być w przeszłości, a obecnie popada w ruinę.

Weszliśmy na Nedeia Taranului, zahaczając o szczyt 1254 m. Szliśmy aż do głównego pasma grzbietem szczytów Rebla, Laptelui, Mires, Jneapanul i Nedeia Straja, aż do Repede.
To droga dosyć trudna orientacyjnie. Zgodnie z mapą biegnie tędy znakowany szlak, w praktyce jednak znakowany jest wyłącznie na mapie. Idąc trzeba zachować właściwe proporcje pomiędzy szlakiem w wielu miejscach trawersującym zbocze (przez co łatwiejszym do zgubienia i bardziej męczącym), a łatwiejszym orientacyjnie grzbietem, ale o dosyć ciężkim charakterze (Jneapanul to po naszemu coś jak "Kosodrzewiniak" - ze wszystkimi tego następstwami).



W końcu dotarliśmy z powrotem na główne pasmo wchodząc na szczyt Repede. Skąd na Pietrosa prowadzi już dobrze oznakowany szlak, pozbawiony nieprzyjemnych niespodzianek.
Na najwyższym szczycie Karpat Wschodnich wybudowano kamienny schron dla turystów. Nie jest jednak zbyt przyjemnym miejscem do odpoczynku. Obserwując go można dojść do wniosku, że turystom służy raczej za toaletę, a za schron jedynie ich śmieciom.
Nie mniej rozciąga się z tego punktu przepiękna panorama.

Widok z Varful Pietrosu na pasmo Gór Rodniańskich

Z gór zeszliśmy do Borsy. Droga powrotna do Suczawy jest trudniejsza niż w drugą stronę. Autobus który powinien przyjechać według rozkładu nie pojawił się przez dwie godziny przed planowanym odjazdem i przez trzy godziny po planowanym odjeździe. Kierowcy innych busów podawali nam kilkukrotnie inną godzinę, o której powinniśmy się spodziewać naszego transportu, ale deklaracje żadnego z nich nie pokryły się z rzeczywistością. Ostatecznie podzieliliśmy się na dwójki i 150 km przejechaliśmy na stopa. Udało się, ale nie zdążyliśmy na autobus Suczawa-Czerniowce.
Na szczęście udało nam się znaleźć kierowcę, który stwierdził, że nie będzie stratny na przewiezieniu 13 osób ośmioosobowym samochodem pod granicę. Nasza dziewiątka mało go satysfakcjonowała, ale połączyliśmy siły z czwórką innych Polaków spotkanych w Suczawie.

Z niemałą ilością emocji udało nam się dotrzeć do Czerniowiec, a z nich do Lwowa i Warszawy.
Rodniany nie są niskimi górami. Na głównym paśmie tylko kilka przełęczy ma wysokość poniżej 2000 m. Idzie za tym oczywisty brak zalesienia i trudność ze znalezieniem dogodnego miejsca noclegowego. W czasie naszej wędrówki dwukrotnie nocowaliśmy w miejscu, w którym nominalnie nie dało się rozpalić ogniska. Po pierwszym z nich stwierdziliśmy, że to najgorsze co mogło nam się przytrafić. Ciepły posiłek na palniku to nie problem, ale niewysuszone mokre ubrania i brak możliwości ogrzania się, złożyły się na najzimniejszą noc w moim życiu (a spałem w namiocie zimą przy -15 stopniach).
Drugi z nich zorganizowaliśmy już inaczej. W czasie kiedy dwie osoby rozłożyły namioty i zaczęły przygotowywać posiłek, reszta z nas wybrała się w dół zbocza po drewno. Wycieczka w dwie strony trwała blisko dwie godziny, ale gra jest warta świeczki.

Ostatni poranek w Rodnianach

Wszystkim spragnionym dzikości niemożliwej do spotkania w polskich górach szczerze polecam. Przez 7 dni zanim dotarliśmy do Pietrosa, spotkaliśmy innych ludzi 4 razy, w tym dwukrotnie miejscowych.
Klimat tych gór trzeba poczuć samemu, ale zdjęcia obejrzeć można TUTAJ.



czwartek, 23 sierpnia 2012

Czarnohora, Masyw Świdowca, Góry Hryniawskie - Sierpień 2010

O górach ogólnie:
Ciężko jest precyzyjnie wyjaśnić naturę Czarnohory komuś, kto nigdy w niej nie był. Najbardziej utartą kliszą językową są tu chyba „takie większe Bieszczady”. Oddaje jednak to, czym jest Czarnohora bardzo dużym uproszczeniem.
Samo ukształtowanie gór jest rzeczywiście bardzo bieszczadzkie. Szczyty są zaokrąglone, grzbiety w większości opadają dosyć delikatnie (choć są oczywiście wyjątki), górne partie stanowią malownicze połoniny. Szczyty jednak mają raczej tatrzańskie wysokości. Podejście pod Popa Iwana to ok. 1200 m przewyższenia.
Moim zdaniem na klimat gór składa się dużo więcej niż sam ich wygląd. Czarnohora to najwyższe i najbardziej zagospodarowane góry Ukrainy, nieporównywalnie bardziej uczęszczane niż Gorgany, czy Bieszczady wschodnie. Mimo to, są o wiele dziksze niż jakiekolwiek góry polskie. Wędrując poza głównym pasmem w środku sezonu, można nie spotkać żywej duszy przez parę dni. Dosyć paradoksalnie Czarnohora jest pełna życia. Na szczytach niższych gór pasą się wolno konie, na wyższych owce, w dolinach krowy. Częściej niż turystę spotkasz dumnego hucuła, wypasającego swoją trzodę.
W czasie I Wojny Światowej przebiegał tu front, więc w wielu miejscach można znaleźć bezimienne groby, okopy, zardzewiałe łuski.

Mam nadzieję, że po przeczytaniu opisu naszej wędrówki zobaczysz te góry w trochę szerszej perspektywie;]

Przygotowanie i Dojazd:
Podstawą przy chodzeniu po górach jest wyposażenie się w odpowiednie mapy. My posługiwaliśmy się trzema różnymi wydaniami: polską mapą turystyczną Ruthenus, ukraińską i reprintami przedwojennych map WIG - wydawnictwa Rewasz. Ta ostatnia chociaż w celach turystycznych mało się przydaje, to topograficznie nie ma sobie równych i najwierniej oddaje ukształtowanie terenu. Posiłkowaliśmy się też przewodnikiem wydawnictwa Bezdroża.

Do Czarnohory najłatwiej jest się dostać z Iwano-Frankowska. Kursują z niego busy do wszystkich większych miejscowości regionu. Do samego Iwano-Frankowska dostać się można bezpośrednim autobusem z Warszawy. Cena biletu to ok. 90 zł. Jadąc z innego miasta należy dostać się do Lwowa. Z niego kursują już bezpośrednie pociągi do Iwano-Frankowska i Worochty, położonej w samych górach. Trzeba pamiętać, że Ukraina leży w innej strefie czasowej. Zegarek przestawiamy o godzinę do przodu.


W górach obraliśmy marszrutę przebiegającą przez Worochtę – Kukuł – Kostrzycę – Kostrycza – Kraśnik – Skupową – Szybene – Stoha – Popa Iwana – Howerle – Pietrosa – Kwasy – Bliźnicę – Jasinę (pogrubione nazwy miejscowości).

To trasa optymalnie wykorzystująca teren dookoła głównego pasma i podatna na modyfikacje. Osoby z mniejszymi zasobami czasu nie będą zwlekać z wejściem na pierwsze dwutysięczniki, ale my pozwoliliśmy sobie na wydłużenie trasy o niższe, a nie mniej malownicze grzbiety Kukuła, Kostrycza, Połonin Hryniawskich i Stoha.
Nie są wysokie, ani specjalnie ciężkie, ale warto poświęcić parę dni na poczucie klimatu tych tętniących życiem szlaków.


Główne pasmo widziane z Kukuła (1534 m)
W całej Czarnohorze właściwie tylko główne pasmo jest uczęszczane. Poza nim spotkaliśmy tylko jedną grupę turystów. Odcinek Pop Iwan - Howerla nie umywa się jednak do tatrzańskich kolejek, czy nawet tłoku na Tarnicy. W środku sezonu, na najlepiej oznakowanym i najbardziej popularnym szlaku, turystów mijaliśmy może co pół godziny.
Na szczycie Popa Iwana (dla nas pierwszego z ukraińskich dwutysięczników) znajdują się ruiny 
starego obserwatorium. Nie było używane długo, ale dostatecznie by stać się najwyżej położonym stale zamieszkanym miejscem w II RP. Teraz jest zaśmiecone i niszczeje, ale mimo to robi wrażenie, a w razie konieczności może posłużyć za schronienie.
Droga na Howerlę przy dobrej pogodnie to ciężki dzień pełen pięknych widoków. Dla nas tej pogody zabrakło i gradobicie przekonało nas do rozbicia się w kosodrzewinie pod szczytem. Kolejny dzień też nie przyniósł widoków naszego życia, ale niestety tak już bywa w górach. Większość głównego pasma należy do Karpackiego Parku Narodowego, ale przy szlaku znajdują się w kilku miejscach wyznaczone miejsca biwakowe.


Podejście pod Popa Iwana (2028 m)
Droga głównym pasmem
Widok z Howerli (2061 m)

Pogoda zrekompensowała się jednak na masywie Świdowca. Jego najwyższy szczyt jest niższy niż góry leżące w głównym paśmie, ale bardziej strzelisty. Dzięki temu rozciągający się z niego widok również zapiera 

dech w piersiach.  

Podejście na Bliźnicę (1881 m)

Z masywu Świdowca zeszliśmy do Jasiny, skąd wróciliśmy busem do Iwano-Frankowska. Razem z kosztem przejazdu, z i do Warszawy, zamknęliśmy się w budżecie 650 zł na osobę, na 14 dni.

We wszystkich odwiedzonych przez nas wioskach znajdują się sklepy i zaopatrzenie nie jest dużym problemem. Warto jednak nieść na plecach więcej prowiantu, a dokupować jedynie chleb i produkty szybko psujące się. W górach nie ma problemu z zaopatrzeniem się w wodę pitną, a jej bliskość stanowi poza parkiem narodowym jedyne kryterium przy wyznaczaniu miejsc na rozbicie namiotu.


Nie pozostaje nic innego niż szukać wolnego! Zachęcam do przejrzenia reszty naszych zdjęć tutaj. W razie pytań służymy pomocą.